Licznik Odwiedzin
Góralska kapela Kowalczyki rozgrzewała sycowską publiczność w czasie walentynkowego wieczoru, w jeden z ostatnich dni tegorocznego karnawału. Ponad dwugodzinny występ w Centrum Kultury zapewnił wspaniałą zabawę, przyprawioną wieloma dowcipami i przaśnym humorem górali. Jak widać muzyka z Beskidu Żywieckiego cieszy się tradycyjnie ogromnym powodzeniem, czego dowodem tak licznie przybyli mieszkańcy Sycowa i okolic. Zespół entuzjastycznie przyjęty przez publikę, grał jak z nut. Nie szczędząc sił, muzycy wychodzili naprzeciw – jak się okazało – interaktywnym sycowianom, grając z prawdziwą pasją. W przerwie koncertu wyróżniono laureatów plebiscytu Gazety Sycowskiej "Zaradny radny". Dyplomy wręczył Stanisław Czajka, dyrektor Departamentu Mienia Wojewódzkiego i Rolnictwa w Urzędzie Marszałkowskim, a odebrali je kolejno: Krzysztof Lentka, Mieczysław Skuza i Kazimierz Mieszała reprezentujący gminę Syców oraz Dariusz Pecyna z Dziadowej Kłody.
Zespół i publiczność powitał dyrektor Centrum Kultury Andrzej Kowalczyk, który zabawnie spointował identyczną ze swoim nazwę zespołu, a Stanisław Czajka dodał, że tylu Kowalczyków na raz, to jeszcze na tej scenie nie widział. Dalej już poszło gładko i wesoło, a widzowie wprowadzeni w nastrój reagowali spontanicznie. W strojach z regionu, czteroosobowa kapela z Chaty na Groniu z Mesznej na Podbeskidziu, wystąpiła w składzie rodzinnym - jak dowcipkowali sami wykonawcy: trzech braci i szwagier - grając na tradycyjnych instrumentach: skrzypcach, basetli i akordeonie. Jak wiemy, górale skłonni do „wypitki i wybitki” słyną ze swojego zawadiackiego stylu życia, rubasznego humoru i tym też obficie dzielili się z publicznością. Muzyczny wieczór przeplatali gawędziarską swadą, przypowieściami i szeroko pojętymi, tradycyjnie góralskimi klimatami. Opowiadane gwarą, pełne podkas
anych żartów wywoływały salwy śmiechu wśród widowni. Sycowianie usłyszeli nawet nieco filozofii po góralsku, rozpowszechnionej przez księdza filozofa z Łopusznej Józefa Tischnera, między innymi o tym, jak to „wyleciała dusa z cłeka”. Ale najważniejsza była żywa i porywająca muzyka, bo tą wyssali z mlekiem matki, jak w piosence o karczmareczce, czy nieco bardziej rzewnej w Zachodzi słoneczko. Były, a jakże, Orawa, Orawa na Orawie ława, którędy wchodzili, którędy wchodzili orawscy do prawa czy Bez wójtowe pola znana bardziej jako Sarna. Wszystkie mówią o codzienności, trudnym życiu górali, którzy rozeszli się po Europie i jeszcze dalej, hen, za wodę, o góralskim uporze i temperamencie oraz, naturalnie o miłowaniu. Jak dało się zauważyć, niektóre z nich przyprawione są współczesnymi, nowymi tekstami. Wiele utworów to dobrze znane wszystkim mieszanki różnych gatunków muzycznych, podszyte piosenką biesiadną, okraszone przyśpiewkami, bo ucztowanie to też istotny element życia ludzi gór. Radosne, walentynkowe święto zakończył poczęstunek oscypkiem, przywiezionym przez muzyków z żywiecczyzny. Każdy zakochany mógł też w tym dniu zaopatrzyć się u górali w gustowny bukiecik kwiatów, by następnie obdarować swą wybrankę. My przede wszystkim dziękujemy za folkowe brzmienia i podzielenie się nieprzeciętnym poczuciem humoru, który potrafił rozruszać każdego ponuraka. Koncert przypadł do gustu publiczności, która dopisała aż nadto, ledwie mieszcząc się w sali widowiskowej, a z upływającym czasem, dzięki naturalnym cechom górali, przerodził się niemal w rodzinno-towarzyską imprezę.
|